Zaplecze
Jak się gnie drewno
Buk gotuje się pięć godzin, a potem ma trzy minuty. Na tym jednym ograniczeniu stoi cały przemysł, który działa w Radomsku nieprzerwanie od 1881 roku.
tekst JK dział Zaplecze numer № 0 · Rzeczy data 3 sierpnia 2026
Drewno nie chce być gięte. Włókno po wewnętrznej stronie łuku musi się ścisnąć, po zewnętrznej rozciągnąć, a drewno ściska się nieźle i rozciąga fatalnie. Wygięte na sucho pęka po zewnętrznej stronie i pęka zawsze.
Cała technika polega na obejściu tej jednej właściwości i składa się z dwóch ruchów. Pierwszy: zmiękczyć. Drugi: nie pozwolić włóknu się rozciągnąć.
Zmiękcza się parą. Bukowe pręty gotuje się w komorze parowej około pięciu godzin: para wnika w drewno, rozluźnia wiązania między włóknami i materiał, który przed chwilą był sztywny, daje się wygiąć ręką.
Ten stan nie trwa długo. Od wyjęcia z komory do zamknięcia w formie nie powinny minąć więcej niż trzy minuty. Potem drewno stygnie, sztywnieje i wraca do tego, czym było, tyle że już z naprężeniem w środku. Te trzy minuty organizują całą halę: rozmieszczenie form, liczbę ludzi przy komorze, to, ile prętów wyjmuje się naraz.
Warto powiedzieć, co para właściwie robi, bo to nie jest zmiękczanie w potocznym sensie. Drewno trzyma kształt dzięki ligninie, substancji, która spaja włókna celulozy i działa w nim jak klej konstrukcyjny. Lignina mięknie od temperatury, ale tylko w obecności wody, i robi to w wąskim zakresie: para nasycona musi doprowadzić rdzeń pręta do temperatury od osiemdziesięciu ośmiu do stu stopni. Nie chodzi o powierzchnię. Chodzi o środek, i dlatego pięć godzin.
Najciekawsze jest to, co się wtedy zmienia, bo zmienia się tylko połowa właściwości. Zdolność drewna do ściskania rośnie po zaparzeniu nawet dziesięciokrotnie. Zdolność do rozciągania nie rośnie prawie wcale: włókno po zewnętrznej stronie łuku pęka niemal tak samo łatwo jak w drewnie suchym.
To jedno zdanie wyjaśnia całą technikę i cały wynalazek Thoneta. Gdyby para działała na obie strony równo, wystarczyłoby ugiąć zaparzony pręt ręką. Ponieważ działa tylko na ściskanie, trzeba zabrać stronie zewnętrznej możliwość rozciągania. I dokładnie to robi stalowa taśma. Przyłożona do wypukłej strony przenosi całe naprężenie na siebie, a drewno dostaje do wykonania jedyne zadanie, jakie po zaparzeniu potrafi wykonać: ścisnąć się po wewnętrznej.
Taśma nie jest więc pomocą ani wzmocnieniem. Jest protezą tej właściwości, której drewno nie ma. I tylko dlatego z pręta grubości nadgarstka da się zrobić okrąg.

Drugi ruch jest mniej oczywisty i to on jest właściwym wynalazkiem. Do zewnętrznej strony pręta przykłada się stalową taśmę i dopiero razem z nią zamyka w formie. Taśma nie pozwala włóknu się wydłużyć, więc całe odkształcenie idzie w ściskanie po wewnętrznej stronie łuku, a to drewno znosi. Bez taśmy nie ma gięcia, jest łamanie.
Potem forma wędruje do suszarni. Drewno oddaje wilgoć i zastyga w nowym kształcie; wyjęte za wcześnie, rozprostowuje się jak sprężyna.
Zostaje pytanie, dlaczego buk, a nie dąb, sosna czy jesion. Odpowiedź jest częściowo prozaiczna: buk jest w Europie Środkowej wszędzie, jest tani i rośnie prosto. Ale ma też cechę, której inne tanie gatunki nie mają: strukturę na tyle jednolitą, że po zaparzeniu odkształca się przewidywalnie, bez rozwarstwiania się na granicy słojów. Przy drewnie o wyraźnej różnicy między słojem wczesnym i późnym gięcie kończy się pęknięciem właśnie na tej granicy.
Za tę jednolitość płaci się gdzie indziej: buk jest niestabilny wymiarowo, pracuje przy zmianach wilgotności bardziej niż dąb i nie znosi wilgoci. Krzesło bukowe zostawione na tarasie przez jedną zimę przestaje być krzesłem. To samo drewno, które daje się wygiąć, jest drewnem, które trzeba trzymać w środku. I dlatego meble gięte są meblami kawiarnianymi, a nie ogrodowymi.
Parzenie zmienia przy tym sam materiał, nie tylko jego elastyczność. Obniża gęstość o około dwa procent i przestawia kolor: buk parzony jest wyraźnie cieplejszy, bardziej różowo-brązowy niż surowy. Ten odcień, który dziś czyta się jako „klasyczny”, nie był decyzją estetyczną. Jest skutkiem ubocznym pięciu godzin w komorze.
Michael Thonet (stolarz, od którego nazwiska pochodzi cała rodzina mebli giętych) dopracowywał tę metodę przez dwie dekady; patent na gięcie buku pochodzi z 1856 roku. Trzy lata później powstało krzesło nr 14 i to ono pokazuje, po co w ogóle było się męczyć.
Z datami tego wynalazku jest zresztą kłopot, który sam o czymś mówi. Część źródeł podaje rok 1836 jako moment odkrycia, inne 1856 jako datę patentu na gięcie buku. I obie są w pewnym sensie prawdziwe, bo między pierwszą udaną próbą a techniką, którą dało się powtórzyć w hali, minęły dwie dekady.
To jest typowa odległość między pomysłem a wyrobem, i zwykle znika ona z opowieści o wynalazkach. Zostaje data i nazwisko. Nie zostaje dwadzieścia lat dobierania czasu parzenia, grubości pręta i sposobu zamykania formy, czyli dokładnie ta praca, której efektem jest to, że krzesło da się zrobić drugi raz.
Nr 14 składa się z sześciu kawałków drewna, dziesięciu śrub i dwóch nakrętek. Rozłożone mieści się w skrzyni tak, że w metrze sześciennym jedzie trzydzieści sześć krzeseł. To nie jest ciekawostka, tylko cały model biznesowy: krzesło jedzie przez ocean jako komplet elementów i skręca się na miejscu. Do 1930 roku sprzedano pięćdziesiąt milionów sztuk.
Warto to przeczytać jako odpowiedź na pytanie o formę. Nr 14 wygląda tak, jak wygląda, bo pręt da się wygiąć, a płyty nie; bo im mniej elementów, tym mniej łączeń; bo skrzynia ma metr sześcienny. Nikt tego nie rysował jako stylu.Czytaj teżDobrze zrobioneRzeczy · № 0
W 1881 roku bracia Thonet kupili w Radomsku posesję z młynem parowym i przerobili ją na fabrykę mebli. Trzy lata później było to największe przedsiębiorstwo meblarskie w Królestwie Polskim. W najlepszym okresie zakład wypuszczał pięćdziesiąt tysięcy krzeseł miesięcznie.
Produkcja mebli giętych w tym miejscu nie przerwała się do dziś. Zakład nazywa się teraz Fameg, zatrudnia niewiele mniej niż sześćset osób i jest jednym z największych wytwórców krzeseł giętych w Europie. Komora parowa, stalowa taśma i trzy minuty działają tam tak samo, jak działały w dziewiętnastym wieku: zmieniło się sterowanie, nie fizyka.
Sto czterdzieści lat nieprzerwanej produkcji jednej techniki w jednym mieście to w polskim przemyśle rzecz rzadka do tego stopnia, że warto ją powiedzieć wprost: Radomsko jest europejskim ośrodkiem gięcia drewna i mało kto w Polsce o tym wie.
Trzeba jednak dopowiedzieć rzecz, która tej historii nie domyka pięknie. Ciągłość techniki nie jest tym samym co ciągłość firmy. Zakład zatrudniał w 2023 roku pięciuset osiemdziesięciu siedmiu ludzi, rok później pięćset sześćdziesięciu czterech, a w maju 2024 wszedł w postępowanie o zatwierdzenie układu, czyli w restrukturyzację, z zapowiedzianą redukcją o osiemdziesiąt osób.
To nie jest upadłość i nie warto z tego robić nekrologu. Restrukturyzacja jest procedurą naprawczą, a fabryka pracuje. Ale liczby mówią coś, czego nie widać w opowieści o stu czterdziestu latach nieprzerwanej produkcji: że ta nieprzerwaność jest wynikiem czyjejś decyzji, podejmowanej co kwartał, a nie prawem natury.
Warto to zapamiętać, bo tak wygląda większość rzeczy, o których mówimy „są z nami od zawsze”. Komora parowa i stalowa taśma działają dokładnie tak samo jak w dziewiętnastym wieku: fizyka nie ma kłopotów finansowych. Zakład je ma. I gdyby przestał istnieć, technika nie zniknęłaby z podręczników, tylko z Polski: zostałaby tam, gdzie ktoś nadal utrzymuje halę, ludzi i pięć godzin pary na jedno krzesło.
Następnym razem w kawiarni warto obrócić krzesło i poszukać sygnatury na spodzie. Wygląda na przedmiot bez historii, bo jest wszędzie, a stoi za nim pięć godzin pary, trzy minuty na zamknięcie formy i stalowa taśma, bez której cała ta technika jest tylko łamaniem drewna.