Rzeczy
Dobrze zrobione
Fotel, który trzydzieści lat temu wynoszono na klatkę, dziś ma własnego producenta i swoją cenę. Fotel się nie zmienił.
tekst JK dział Rzeczy numer № 0 · Rzeczy data 3 sierpnia 2026
W każdym bloku jest miejsce, w którym rzeczy czekają na wyrok. Podest między piętrami, kąt przy śmietniku, kawałek ściany za trzepakiem. Stoi tam komoda z odchodzącą okleiną, dwa krzesła i lampa bez klosza. Nikt tego jeszcze nie wyrzucił, bo wyrzucenie wymaga powiedzenia na głos, że rzecz jest bez wartości. Łatwiej wystawić i poczekać, aż zdecyduje ktoś inny.
W latach dziewięćdziesiątych stały tam fotele.
Typ 366 Józefa Chierowskiego, architekta wnętrz z Wrocławia, który poza meblami projektował fortepiany. Projekt z 1962 roku, wdrożony w Dolnośląskiej Fabryce Mebli w Świebodzicach. Bukowa rama, siedzisko odchylone pod kątem, po którym poznaje się go z drugiego końca pokoju. „Dziennik Robotniczy” pisał w 1967 roku o pół milionie sztuk. Tej liczby się trzymamy, bo ma datę i gazetę; inne źródła mówią o milionie, nie podając skąd. Produkcja szła jeszcze dwie dekady, a wzór podchwyciły kolejne zakłady.
Ten fotel powstał z pożaru. Ogień zabrał w Świebodzicach większość hal fabrycznych. Jedne źródła podają rok 1959, inne 1962, i nie da się tego dziś rozstrzygnąć. Zakład musiał wrócić do produkcji szybko, a to znaczyło: coś prostego, z małej liczby elementów, z materiału, który jest pod ręką. Wybrano typ 366, bo dawał się zrobić od razu.
Warto się przy tym zatrzymać, bo to odwraca zwykłą kolejność. Nie było tak, że ktoś zaprojektował ładny fotel, a potem szukał dla niego fabryki. Fabryka miała problem, a fotel był jego rozwiązaniem. Skośne siedzisko, cztery nogi, rama, którą się skręca. Nic z tego nie jest gestem. To jest lista tego, co dawało się wykonać na zgliszczach.
Fotel był wszędzie i właśnie dlatego niczego nie znaczył. Kiedy przyszły pierwsze pieniądze na nowe meble, wyjeżdżał z mieszkań w pierwszej kolejności, razem z całą dekadą, której się wtedy wstydzono.
Kopiowano go zresztą bez skrupułów. Wzór wędrował między zakładami, a egzemplarzy i naśladownictw wyszło z polskich fabryk tyle, że nikt ich nie policzył. Dla kupującego w latach siedemdziesiątych nie miało to najmniejszego znaczenia: fotel był fotelem. Dopiero dziś, kiedy jeden egzemplarz jest wznowieniem z licencji, a drugi anonimową przeróbką z lat osiemdziesiątych, pytanie o to, kto właściwie to zrobił, przestaje być formalnością.

Dziś ten sam fotel jest znowu w produkcji, ma swojego producenta i swoją cenę, a egzemplarze z lat sześćdziesiątych sprzedaje się po renowacji jako projekt, nie jako mebel używany.
Fotel się nie zmienił. Zmieniliśmy się my, i to jest w całej tej historii najbardziej niewygodne. Nie mieliśmy racji wtedy. Nic nie gwarantuje, że mamy ją teraz.
Można to zbyć nostalgią, tylko że nostalgia niczego tu nie tłumaczy, bo nie wraca cała dekada. Meblościanka z tego samego rocznika nie wróciła i nie wróci. Coś odróżnia jedno od drugiego, i to coś siedziało w obu przedmiotach na długo przed tym, zanim zmieniliśmy zdanie.

366 da się rozebrać. Rama jest skręcana, tapicerkę wymienia się w jedno popołudnie, a stolarz dorobi brakujący element, bo nie ma tam niczego, czego stolarz nie umie zrobić. Buk po sześćdziesięciu latach jest ciemniejszy i to mu służy. Forma wzięła się z braku: mało drewna, prosta technologia, mieszkania, w których trzeba było zmieścić cztery miejsca do siedzenia na kilkunastu metrach pokoju. I wiadomo, kto go zrobił. Nazwisko, fabryka, rok.
Jest w tym fotelu jeden szczegół, który mówi o polskim przemyśle więcej niż większość opracowań. W egzemplarzach z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych śruby łączące siedzisko z nogami są widoczne: wystają, widać ich łby. Nie dlatego, że tak zaprojektowano. Dlatego, że schowanie ich wymagało dokładności, której ówczesne zakłady metalowe nie dawały.
Rodzina Chierowskiego przekazała oryginalne rysunki firmie, która od 2014 roku produkuje fotel na wyłącznej licencji. Na tych rysunkach śruby są ukryte. Trwało pięćdziesiąt lat, zanim przedmiot zaczął wyglądać tak, jak go narysowano.
To jest różnica, o której przy meblach mówi się rzadko, a która decyduje o wszystkim: między tym, co ktoś zaprojektował, a tym, co dało się z tego zrobić. Fotel, który stał w milionie mieszkań, był kompromisem. I ten kompromis widać, jeśli się wie, gdzie patrzeć. Nie czyni go gorszym. Czyni go czytelnym: na spodzie siedziska zapisana jest kondycja przemysłu, który go wypuścił.
Płyta oklejona folią nie miała nic z tego. Nie starzeje się, tylko puchnie. Naprawić jej nie sposób, bo nie ma czego naprawiać. Autora też nie ma: nie było komu się podpisać.
Na to, o ile płyta puchnie, istnieje osobna norma. PN-EN 317 opisuje badanie proste do wyobrażenia: próbkę zanurza się na dobę w wodzie o temperaturze dwudziestu stopni i mierzy, o ile przybrała na grubości. Płyty, które mają zadeklarowaną odporność na wilgoć, mieszczą się w granicach rzędu dziesięciu procent; dla płyt konstrukcyjnych typu OSB dopuszcza się do piętnastu.
Przy meblu z płyty ta liczba po prostu nie jest podawana. Nie jest ukrywana: nikt o nią nie pyta, więc nikt jej nie deklaruje. A dwie godziny stania w wodzie z pękniętej rury wystarczą, żeby dolna krawędź szafki spuchła w sposób, którego nie da się odwrócić żadnym narzędziem. Drewno w takiej sytuacji odchodzi, wypacza się i schnie krzywo. Ale schnie. Płyta nie wraca do swojego wymiaru, bo wióry, które w niej spęczniały, nie kurczą się z powrotem.
To jest cała różnica między materiałem, który się zużywa, i materiałem, który się kończy.
Część tego napisał już ktoś inny i napisał lepiej. Dieter Rams (projektant, który przez cztery dekady odpowiadał za wygląd sprzętów Brauna) ułożył dziesięć zdań o dobrym projektowaniu: rzecz ma być użyteczna, zrozumiała, długowieczna, dopracowana w każdym szczególe, i ma być w niej tak mało designu, jak się da. Nie zamierzam tego poprawiać ani przepisywać.
Rams sformułował je pod koniec lat siedemdziesiątych, po dwóch dekadach w Braunie, gdzie jako szef działu projektowego odpowiadał w sumie za kilkaset wyrobów, od radioodbiorników po maszynki do golenia. Pisał więc nie o pojedynczej rzeczy, ale o całym katalogu, który sam nadzorował.
Warto tylko zauważyć, skąd on to pisał. Rams patrzył od strony deski kreślarskiej, jako ten, kto rzecz projektuje. Po drugiej stronie lady stoi ktoś zupełnie inny i widzi trzy sprawy, których stamtąd nie widać.
Nie wie, kto to zrobił. Rams wiedział, bo sam był autorem; kupujący w 2026 roku czyta „zaprojektowane w Europie” i na tym koniec. Nie wie, za co płaci: w dziesięciu zasadach nie pada ani jedno słowo o pieniądzach. I nie ma w nich miejsca na to, że czegoś się po prostu chce dotknąć; Rams mówi „estetyczny”, co jest słowem o kilka stopni chłodniejszym.
Te trzy pytania może zadać pismo. Projektant nie ma powodu zadawać ich sobie samemu. Dlatego jest ich dziewięć, a nie dziesięć.
Z tej trójki najważniejsze jest pytanie o pieniądze, bo zadaje się je najrzadziej. Od kilku lat pracuję przy rynku wnętrz, po tej stronie, z której widać ceny, kosztorysy i to, co się dzieje między pierwszą wyceną a fakturą. Wyniosłem stamtąd jedno: nie ma znaczenia, czy rzecz jest droga. Ma znaczenie, czy da się powiedzieć, za co dokładnie.

Sześćdziesiąt godzin ręcznego wykańczania to odpowiedź. Zakład stojący w tym samym miejscu od stu dwudziestu lat to odpowiedź. Materiał osiem razy droższy od zamiennika to odpowiedź. Brak odpowiedzi też jest odpowiedzią, zwykle najbardziej wymowną.
Fotel 366 pozwala to pytanie postawić w sposób, w jakim rzadko da się je postawić: bo ten sam przedmiot można dziś kupić trzema drogami i każda ma inną cenę.
Nowy, z licencji. W cenniku producenta wersja tapicerowana welurem, na dębowych nogach z mosiężnym wykończeniem, kosztuje 840 euro (sprawdzone 22 sierpnia 2026). Polska prasa przy wariantach podstawowych podaje „ponad trzy tysiące złotych”. Płaci się za nowe drewno, za tapicerkę do wyboru, za schowane śruby i za to, że ktoś ma prawo ten fotel produkować.
Warto przy tym wiedzieć, że wznowienie nie jest kopią. W wersji z cennika nogi są z litego dębu, wykończone mosiądzem, a bukowa została konstrukcja wewnętrzna. Oryginał ze Świebodzic stał na buku w całości. Do fotela doprojektowano też stolik, sofę, podnóżek i wersję bujaną, których Chierowski nigdy nie narysował. Kupuje się więc nie tyle ten sam mebel, ile jego dzisiejsze czytanie: ten sam rysunek, inny materiał, dołożona rodzina.
Oryginał z drugiej ręki. Egzemplarze z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych chodzą, zależnie od stanu, od dwustu do dwóch tysięcy złotych. Kupuje się buk, który ma sześćdziesiąt lat, ramę skręcaną na widoczne śruby i tapicerkę, o której zwykle lepiej nie myśleć.
Oryginał po renowacji. Wymiana tapicerki u tapicera to rząd czterystu złotych plus materiał; renowacja z drewnem: pięćset do sześciuset. Czyli fotel kupiony za osiemset i odnowiony za pięćset wychodzi taniej niż nowy, a wygląda podobnie.
Tylko że to nie jest ten sam fotel. I tu robi się ciekawie. W nowym płaci się za brak ryzyka i za detal, którego oryginał nigdy nie miał. W starym za sześćdziesiąt lat, które już się wydarzyły: za drewno, które przestało pracować, i za dowód, że konstrukcja wytrzymała trzy pokolenia i kilka przeprowadzek. Obie odpowiedzi na pytanie „za co płacę” są dobre. Zła jest tylko sytuacja, w której kupujący nie wie, którą z nich wybiera.
I to jest cały sens tego pytania. Nie służy do wybierania rzeczy tanich ani drogich. Służy do tego, żeby wiedzieć, co jest w cenie, bo dopiero wtedy da się powiedzieć, czy jest za co płacić.
To pytanie nie uderza w rzeczy drogie. Dobra marka premium odpowiada na nie natychmiast i z przyjemnością, bo ma czym. Oblewa je narzut, za którym nie stoi nic, i rzecz podejrzanie tania: taka, która udaje, że materiał i czyjaś praca są za darmo.
Zanim ktokolwiek zacznie liczyć: żadna rzecz nie przechodzi wszystkich dziewięciu pytań. To nie jest punktacja i nie zrobi się z tego ranking. Ciekawsze od kompletu jest miejsce, w którym rzecz oblewa, i to, czy ktoś podjął tę decyzję świadomie. Krzesło, którego nie da się naprawić, bo jest jednym odlewem, to zupełnie inna historia niż krzesło, którego nie da się naprawić, bo nikt o tym nie pomyślał.
Nie wiem, które z rzeczy stojących dziś przy śmietniku ktoś będzie za trzydzieści lat odkupywał. Wiem tylko, o co je zapytać, i to jest wszystko, co mam na początek.
Będziemy tu oglądać spody siedzisk i wnętrza szuflad, rozbierać ceny na składniki i pytać, co zużyje się pierwsze. O rzeczach, które tych pytań nie wytrzymują, najczęściej nie napiszemy nic. I to jest jedyna forma recenzji, jaką planujemy.
Dziewięć pytań
Dla porządku, w kolejności od użycia do pożądania:
- Czy służy. Nie „czy działa”, tylko czy robi swoje przez lata, nie przez pierwszy tydzień.
- Czy widać, jak tego użyć. Czy rzecz tłumaczy się sama, bez instrukcji.
- Czy da się to naprawić, a jeśli nie, czy nie ma w tym czego zepsuć.
- Czy starzeje się dobrze. Czy ślady użycia będą patyną, czy zużyciem.
- Czy dopracowano szczegół, którego nikt nie zobaczy. Spód, tył, wnętrze szuflady.
- Czy forma wynika z ograniczenia, nie z mody.
- Czy wiadomo, kto to zrobił. Nazwisko, pracownia albo zakład.
- Czy wiadomo, za co się płaci.
- Czy chce się tego dotknąć.
Jeśli opiszemy tu kiedyś rzecz, która któregoś z tych pytań nie wytrzymuje, a my tego nie zauważymy, proszę o wiadomość. To będzie znaczyło, że przegapiliśmy własne kryterium.
Nazywam się Jurek i mam przyjemność otworzyć Wam drzwi do COSE, magazynu dla ludzi ciekawych rzeczy. Proszę do środka.